Aktualności
Historia
Ludzie
Modele
Porady
Ciekawostki
W warsztacie
Nasze lotnisko
Galeria
Linki





NawigacjaAVIA / Ludzie / Tarnowscy Lotnicy Wiecznej Eskadry
Jarosław Lesiński - 1953 – 2010 - Jarek
Jarek znalazł się w Tarnowskim Stowarzyszeniu Lotniczym zaraz na początku działalności  t.j gdzieś koło roku 1992 o ile dobrze pamiętam. Uczestniczył w zebraniach i wykazywał dużą aktywność . Wtedy nie wiedziałem, że u Jarka zaczęła kiełkować myśl o lataniu, ponieważ ze względów zdrowotnych nie mógł już  uprawiać swego ukochanego płetwonurkowania. Jarek od początku szedł w swych zamiarach w kierunku glajtów  i tak pozostało do czasu zbudowania sobie w zespole z Grześkiem Peszke z Krosna i innymi przyjaciółmi samolotu klasy ULM.
Na początku zatem były glajty  potem paraglajty  czyli skrzydła z motorkiem . Wielokrotnie Jarek latał nad Morzychną  i nad Tarnowem czym wzbudzał wielką sensacje, a skrzydło miał piękne – nazywało się „Czerwony Baron” albowiem na wzór Samolotu Richtchoffena  takie nosiło kolory . Kiedy zaś, przesiadł się do swojego wybudowanego z wielkim trudem ultralajta GP-5  zarzucił chyba skrzydło bo więcej go na nim nie widziałem. Jarek wielokrotnie przylatywał na „nasze zielone” pod „Marcinką” i uczestniczył w lotniczych długich dyskusjach.
Jarek był też tym, który jako pierwszy, bo już po godzinie wylądował na lotniczej od momentu wypadku Gollobów  co spotkało się z wyraźną dezaprobatą przebywających tam funkcjonariuszy. Na usprawiedliwienie Jarka musze powiedzieć, że nie widząc z powietrza żadnych przeciwwskazań Jarek podjął decyzję o  lądowaniu  widząc tylko modelarzy. Samolot Pana Władka leżał bowiem  spowity pianą  za wysokimi drzewami poza terenem lądowiska.
A wylądował wtedy pięknie stosując mało dziś znaną technikę ześlizgów. Kto dziś tego
 uczy ?. Jarek zbudował swojego Ulma z wielką starannością i pięknie go wymalował. Nosił bowiem na kadłubie piękną narodową wstęgę przechodzącą na stateczniku w głowę orla. Tym malowaniem, tak niecodziennym wzbudzał powszechne uznanie. W  2006 roku na Zlocie im Józefa Gorszczyńskiego w Turbi  zajął drugie miejsce w konkurencji konstrukcji zaraz za Zenkiem Pietruszką , ale tylko dlatego, że Zenek zaszachował wszystkich swym szybowcem z napędem elektrycznym. Mam film z owego zlotu i na zawsze pozostanie mi w pamięci przechodzący i kłaniający się Jarek. Jarek był po prostu równym fajnym kolegą z którym można było konie kraść. Teraz uświadomiłem sobie ,że” Jarek”  to już czas przeszły, czyli,że nigdy już nie usiądzie na naszym „zielonym”  nie wyskoczy z kabiny i nie podejdzie by się  przywitać.  Tak – taka prawda dotarła  do nas  we wtorek . Jarek zginął śmiercią lotnika w miejscowości Stara Wieś w krośnieńskim  Dziś t. j 10.07. jedziemy do Dąbrowy Tarnowskiej aby zobaczyć Go ostatni już raz . Cześć Jego Pamięci  

 
Mirosław Młynarczyk 1944 - 2001

Mirosław Młynarczyk 1944 - 2001

Mirek chciał latać już gdy miał 3 lata tzn. od kiedy zobaczył samoloty na mieleckim lotnisku. wtedy bowiem przyjechał wraz z rodzicami do Mielca z Białej Podlaskiej.

Tato został zatrudniony jako specjalista w zakładach lotniczych, a dzieciarnia ,jak wszyscy w mielcu, miała ochotę spróbowania powietrza. Rósł sobie Mirek w tym Mielcu , chodził do Technikum i cały czas marzył o lataniu. Marzenia te spełzły na niczym, bo wtedy "latactwu" potrzebni byli piloci "latających rur" a u Mirka wystąpiła wcale nie groźna wada wzroku. Skoro nie latanie to może inne ciekawe zajęcie . Wtedy młodzież miała do wyboru mnóstwo ciekawych ofert. Jedną z nich było uczestnictwo w DKF (kto dziś pamięta co to było?).

Mirek zafascynowany ruchomym obrazem załapał się do Klubu i zajął się także fotografią. Po ukończeniu szkoły dwukrotnie składał papiery do Łódzkiej Filmówki, a że konkurencja była duża i nie było poparcia to Mirek musiał podjąć inne studia, Skończył zatem prawo . Powrócił na krótko do Mielca. Pracował w Urz. Miejskim jako z-ca Naczelnika Miasta. Do Tarnowa przywędrował wiedziony młodzieńczą miłością o wdzięcznym imieniu Anna - Wieliczanką, która po studiach (architekt) zakotwiczyła w Mielcu w Przeds. Budowlanym, (stypendium fundowane - też już dziś nikt ni wie co to było) a potem podjęła pracę w tarnowskich PKZ-etach.

Mirkowi zaproponowano podjęcie pracy w Resorcie i Mirek stał się funkcjonariuszem w PG. Potem szkoła oficerska i Mirek awansował na Komisarza - i jako prawnik stał się Rzecznikiem Kom.Woj. Policji. No a latanie? Co z lataniem? W owym czasie w Woj. Insp. Obrony Cywilnej na stanowisku Inspektora zatrudniony był mgr inż. Marian Ubas - człowiek "Dusza" druh serdeczny i społecznik wielki - tak zresztą jak Mirek. Dość na tym, że te dwa "ptaszki" się spotkały, albowiem obaj byli porażeni ciężko owym "latactwem". "Mądrej głowie dość dwie słowie" i powstało w Tarnowie Stowarzyszenie o nazwie szumnej i górnej "Tarnowskie Stowarzyszenie Lotnicze". Dodać trzeba sprawiedliwie, że gdyby nie przychylność Dowództwa WIOC nie byłoby takiego rozmachu, ale nie o Stowarzyszeniu mam pisać tylko o Mirku. Mirek, jak łatwo się domyślić stał się zaraz natychmiast jak i Marian - koniem i wozem i woźnicą Stowarzyszenia .

Ponieważ te "oczy" pozwalały Mirkowi latać na motolotni to Mirek też został Motolotniarzem, tak zresztą jak Marian. Okazało się, że w środowisku tarnowskim jest pełno "Ikarów", którzy szybko skupili się wokół tej dwójki przyjaciół. I Edek Płachno z Tuchowa i Zbyszek Mróz z Łąkty Górnej i Jurek Chodań i wielu innych, a wśród nich i ja. No więc były szkolenia, latania ale przede wszystkim wieczorne niezapomniane opowieści lotnicze, a w szczególności te o "dupieniu" (Edek) w powietrzu. 

Lata płynęły a przyjaźnie lotnicze się cementowały. Ileż to dni przesiedzieliśmy na lotnisku w Łososinie, a potem w Morzychnie czy jeszcze wcześniej w Żabnie w PGR czy Przybysławicach, dłubiąc coś przy silnikach no i najzwyczajniej krochmaląc coś "trzy po trzy" o podniebnych wyczynach - niektórych. Tak się rodziło coś co nazywa się męską przyjaźnią, o której białogłowy nie mają zielonego pojęcia i dlatego są od nas SIC?. "o wiele gorsze" i "biedniejsze".

Miałem przyjemność współuczestniczyć w tworzeniu tej historii i dzięki Opatrzności za to,że na mojej drodze stanęli tacy ludzie jak Mirek czy Marian. Z Mirekiem wiążą się bowiem moje wyjazdy na zloty i zawody mikrolotowe do Stalowej Woli - Brzegu, Oleśnicy czy Łososiny D. To właśnie Mirek zajął I miejsce na I Mikrolotowym Zlocie Kontr.Amartorskich w Stalowej Woli, a jako motolotniarz sportowiec zaistniał w roku następnym w Łososinie Dolnej, gdzie w MP mikrolotów razem ze śp. Adamem Perzem zajęli III miejsce w konkursie motolotni 2-osobowych. To właśnie Mirek zabierał mnie wielokrotnie jako balast w swe niebiańskie podróże, a z jednej z nich powstał nawet krótki film.

Nie zabrał mnie tylko w swoją ostatnią podróż, albowiem każdy tę podróż musi odbyć samodzielnie. Mirek zachorował w 1999 roku - zupełnie niespodziewanie i z razu nieszkodliwie. Nikt, ale to nikt nie przypuszczał, że będzie aż tak poważnie. I nawet po pierwszej operacji, którą prowadził Dr. Kryśków. Zdrowie poprawiło się na tyle, że jeszcze w roku 2000 byliśmy na zlocie w Stalowej Woli. Przyszła jesień i wraz z nią - przyszło to najgorsze. Jeśli coś jest bezsensownym w naszym jestestwie to bez wątpliwości jest to przedwczesne odejście, odejście wbrew woli, odejście, które niczego nie załatwia. Tam bowiem jest już tyle lataczy, że obecność Mirka była zupełnie zbędną - a tu tyle pracy jeszcze było... - Mirek miał tyle planów, Mirek zawsze był optymistą, choć powiedział bym, że umiarkowanym. Mirka pożegnaliśmy 19 stycznia 2001 roku - wrócił do swego Mielca, gdzie tyle samolotów widział na ziemi i w powietrzu. Widział też ostatni samolot - Zlin ze Staszkiem Filipkiem z Łososiny, który przyleciał nad Smoczczański Cmentarz, aby Mirkowi pokiwać skrzydłami i zaprosić go do ostatniego lotu.

Czekaj tam na nas Mirku cierpliwie. Napewno dołączymy do naszej grupy. (Jurek)


 
Marian Ubas 1953- 1998

Marian Ubas 1953- 1998

artykuł "Skrzydła nad Olesnem" Gazeta Krakowska

Marian, właściwie to znalazł mnie. Prowadziłem wtedy modelarnie w DK Mariensztat i któregoś wieczoru nawiedziło mnie dwóch poważnie wyglądających Panów, którzy koniecznie chcieli należeć do Klubu i oczywiście liczyli na pomoc przy budowie ich modelu latającego. Krzysztof Cierniak i Marian Ubas, bo tak brzmiały ich nazwiska- to dwaj przyjaciele z Olesna mieszkający blisko siebie i zarażeni jeden od drugiego burczącymi samolotami. Ciekawostką jest to, iż Marian latał modelami przeważnie niedzielnym przedpołudniami i wywabiał Krzysztofa z domu donośnym wizgiem motora, na co miejscowy Proboszcz patrzył dość skośnym okiem, co nawet skończyło się reprymendą z ambony.

Otóż ci dwaj gentlemani zaprosili nas do siebie i w on wieczór powstał coś jakby zalążek Tarnowskiego Stowarzyszenia Lotniczego ze skrzywieniem w kierunku motolotniarstwa.

Marian wtedy był w trakcie budowy motolotni. No więc te wszystkie perypetie ze zdobywaniem materiałów w on czas "strategicznych" jak rury duralowe, linki stalowe, samokontrujące się nakrętki itp. były stale też naszym (modelarzy) "udziałem . Kto żył wtedy - pamięta te "jajca" Po jakimś czasie - "wybuchło" Stowarzyszenie Lotnicze a to właśnie dzięki Marianowi, któremu w tym czasie ten pomysł zaczął oblekać się w materie albowiem pojawili się na horyzoncie życia Mariana inni dzielni wspieracie i kibice.

Ktoś, kto pamięta Mariana, nie zdziwi się wcale, bo Marian nie usiedział na "tyłku" spokojnie. Ciągle by zajęty, ciągle coś załatwiał, organizował, doglądał. Jednym słowem na dzisiaj to - Pterozaur czy jakiś inny Mastodont pracy społecznej - dziś takich ludzi już nie ma - Społecznik i wizjoner do końca. Być może, że po części do latania skłoniły go słuchane za dziecinnych lat opowieści o takim jednym co to w Odporyszowie "frukoł" z wieży Kościelnej, ale dobrze to się dla niego nie skończyło - no ale "frukoł".

Podejrzewam, że Mały Maniuś - już wtedy chciał "fruknąć" - i po latach dopiął swego. Wszystko to co napisał o Marianie pan Marek Baran wtedy dziennikarz Gazety Krakowskiej, dziś Dziennika Polskiego jest absolutną prawdą. No więc Marian był - WSZYSTKIM, wszystko wiedział i wiedział jak i dlaczego. Czasem odnosiłem takie wrażenie, że przez swoją chęć dorównania temu tytanowi pracy - przeszkadzaliśmy mu delikatnie. Jak Marian szedł ulicą, to gdybyś w porę nie uskoczył - placek gotowy, bo Marian nigdy nie chodził - Marian prawie biegał, ale to nie dlatego Marian nigdy się nie spóźniał, Marian miał wyliczony czas co do minuty. Marian miał tylko jedną wadę, jak nie zrobił czegoś sam to był przekonany że robota zostanie schrzaniona - To jest przeświadczenie LUDZI WIELKICH - niestety, a Marian był WIELKI.

To dzięki Marianowi działa się ta codzienna robota w Stowarzyszeniu, sobotnie i niedzielne latania nad Morzychną, Żabnem, Przybysławicami i Fiukiem. To w końcu dzięki Marianowi powstało lądowisko w Morzychnie na którym stanął również hangar na kilka motolotni, a który stoi do dzisiaj. Stanął na centralnym placu Odporyszowa pomnik Jana Wnęka będący rzeźbą wykonaną w szlachetnym drewnie, a na samym lądowisku mała kapliczka ze stosownym obeliskiem pod którym corocznie odbywają się uroczystości "Zielonych Światek".

Oczywiście w tych wszystkich działaniach pomagaliśmy Marianowi ze wszystkich naszych sił i jak tylko mogliśmy. Były tez organizowane imprezy masowe - jak np. Piknik Lotniczy na rzecz zebrania środków na tarnowski koronarograf. Nigdy bym wtedy nie przypuszczał, że owo urządzenie które stanęło w tarnowskim Szpitalu za sprawą kolejnego Tytana dobroczynności - Juliana Junga - uratuje najpierw mnie i wielu innych, a im niestety - nie zdąży pomóc.

4 grudnia 1998 r. Marian wstał o 5 - tej rano i pewnie znowu miał moc pracy przed wyjściem na przystanek - jak to w gospodarstwie. Z domu jednak nie wyszedł - upadł na posłanie i po kilkunastu minutach nie było już Mariana. Karetka z Dąbrowy jechała niestety za długo do tego wiecznie śpieszącego się człowieka. Niezbadane są Wyroki Boga na Wysokościach, być może że, tam na wysokościach właśnie w tej chwili potrzebny był taki Wspaniały Człowiek - i to jest raczej pewne, bo innego wyjaśnienia tej sprawy nie ma. Marian żył 45 lat, a spoczął na zawsze w ziemi cmentarza w Oleśnie 6 grudnia 1998 żegnany przez niezliczone rzesze przyjaciół. Były tez jego ukochane "Wilgi" z Mielca od których się to wszystko zaczęło. 






 
Wieczna Eskadra
Jarosław Lesiński - 1953 – 2010 - Jarek
Mirosław Młynarczyk 1944 - 2001
Marian Ubas 1953- 1998
Leszek Czarnik 24.04.1957 - 19.12.2007.

Ludzie
Członkowie klubu
Tarnowscy Lotnicy Wiecznej Eskadry
Luminarze polskiego lotniczego sportu modelarskiego
Eugeniusz Pyciński - nauczyciel i instruktor z prawdziwego zdarzenia