Aktualności
Historia
Ludzie
Modele
Porady
Ciekawostki
W warsztacie
Nasze lotnisko
Galeria
Linki





NawigacjaAVIA / Historia
"Chłopski Ikar znad Dunajca"

Powiedzenie o Polakach, że "cudze chwalą, a swego nie znają " sprawdza się od lat.

Prawo o wypieraniu z obiegu lepszej monety przez gorszą nazwane zostało "prawem Greshama", choć na długo przed Anglikiem Greshamem sformuował je Polak, astronom Mikołaj Kopernik w traktacie o biciu monety.

Podobnie cały świat uznaje za pioniera lotnictwa i konstruktora pierwszych szybowców niemieckiego inżyniera Ottona Lilienthala, choć palma pierwszeństwa w tej dziedzinie należy się skromnemu chłopu z Powiśla Dąbrowskiego, Janowi Wnękowi, analfabecie i samoukowi, który już w latach 1866-1869 dokonywał pierwszych udanych długodystansowych lotów ślizgowych na skonstruowanej przez siebie "lotni". Otto Lilienthal dopiero w roku 1889, a więc ponad dwadzieścia lat później, podjął pierwsze próby lotów ślizgowych na skonstruowanych przez siebie szybowcach, zakończonych zresztą jego tragiczną śmiercią w 1896 r.

Jest kompromitujące dla nauki polskiej, że przemilcza ona osiągnięcia Jana Wnęka jako pioniera lotnictwa w Polsce i nadal przyznaje palmę pierwszeństwa w tej dziedzinie Niemcowi, Ottonowi Lilienthalowi. O Janie Wnęku nie ma najmniejszej wzmianki w encyklopediach polskich, które próbują uczynić z malarza Czesława Tańskiego pioniera lotnictwa w Polsce, choć on swoje skoki - loty na odległość 20-40 metrów dokonywał na skonstruowanym przez siebie szybowcu "Lotnia" już po śmierci Jana Wnęka. Wnęk był przez długie lata zapomniany i przemilczany. Zasługę odkrycia i przypomnienia społeczeństwu polskiemu tego "Chłopskiego Ikara" ma profesor dr Tadeusz Seweryn, długoletni dyrektor krakowskiego Muzeum Etnograficznego. 

Po prawdzie to Wnęk miał wielu poprzedników, śmiałków, którzy, próbowali bujać w powietrzu na kształt ptaków. Ale żadnemu z nich nie udało się tego dokonać, by na skonstruowanej "lotni" odbyć lot długodystansowy. Pierwszy dokonał tego Jan Wnęk. Tęskonota za szybowaniem w przestworzach powietrznych na wzór ptaków nieobca była również ludowi wiejskiemu. Toteż wierzono w to święcie, jak swego czasu w Wiślicy proboszcz kolegiaty wiślickiej odbywał przejażdżki na trasie Rzym - Wiślica na latających "drzwiach wiślickich", które pewnie do dziś dnia uchowały się w którejś z piwnic.

Wśród górali polskich krąży po dziś dzień opowieść o tajemniczym mnichu, kamedule, bracie Cyprianie z Czerwonego Klasztoru w Pieninach, który na skonstrowanych przez siebie skrzydłach "lotach" miał wzlecieć w powietrze ze szczytu Trzech Koron i dolecieć lotem ślizgowym do turni nad Morskim Okiem, zwanej odtąd na jego cześć Mnichem. Jednak władze kościelne potępiły brata Cypriana za te próby latania w powietrzu i na rozkaz biskupa jego "lotnia" została spalona.

O ile historia z bratem Cyprianem wygląda na ubarwioną legendę, to już pewnymi histycznymi postaciami są chłopcy Ikarzy, o których pisze poeta Seweryn Goszczyński w swym "Dzienniku podróży do Tatrów" wydanym w 1832 r. Według niego góral z Gliczarowa, Wojciech Kułach, zwany Wawrzyńczakiem zbudował potężne skrzydła do latania i próbował na nich latać, ale nie udało się mu wzlecieć. Goszczyński opisał też próby skonstruowania lotni i latania na niej niemłodego już górala. Zaczął od dachu własnej chałupy, a że mu poszło dobrze, wszedł na wysoką skałe, rozpuścił swoje skrzydła i skoczył w otwartą przed nim przestrzeń, ale nie mógł się w niej utrzymać, spadł na ziemię i złamał obie nogi.

Kolejnym poświadczonym chłopskim "lataczem" był Jan Nastaj, chłop z Gruszowa koło Dąbrowy Tarnowskiej, z zawodu restaurator obrazów, zajmujący się również rzeźbą i malarstwem. Ten technik ludowy, żyjący w latach 1834-1904 przeprowadzał eksperymenty lotów z parasolem, skacząc najczęściej z dachu swej stodoły. Jego znajomi opowiadali Tadeuszowi Sewerynowi, że "Nastaj, zrobił takie płócienne "lota" przypion je do pleców, wysed na stodołe i fruknął. Krzynke go ta niesło, a potem zepsuło się cosik, no i spod, a mało nogi nie złomoł" (pisownia orygin. przyp JM). Skoki z parasolem miały bardzo dużo zwolenników na wsi. Jak podaje Tadeusz Seweryn, w okolicach Ciechanowa cieszył się sławą "lotnika" pewien szewc, który skakał z wysokiej wieży pałacowej w Opiniogórze. Czasopismo "Magazyn Warszawski " wspomina, że w latach 1860-1880 w Warszawie uprawiał skoki z parasolem pewien robotnik, który skakał z jednego z mostów do Wisły z rozpiętym parasolem, gdyż - jak twierdził - woda była bezpiecznym miejscem lądowania. Skoków z parasolem próbował też pewien zegarmistrz z Kielc. Codziennie wchodził on na wieżę kieleckiego kościoła. Znudziło mu się widocznie to ciągłe schodzenie po schodach, gdyż pewnego dnia zrobił sobie dość silny parasol i ku ogólnemu zgorszeniu obywateli kieleckich "zszedł z wieży przy pomocy parasola". Pierwszy zeskok z wieży nie należał do udanych, gdyż zegarmistrz poturbował się w zetknięciu z ziemią. Po wyleczeniu podją znowu skoki z parasolem z wieży. Ale wobec stanowczego zakazu ze strony proboszcza, musiał poniechać dalszych skoków z wieży.

Historia zanowtowała skoki ze spadochronami w kształcie parasola. Niejaki Szymański popisywał się skokami na rowerze przy użyciu dużego parasola. Skoki z tego rodzaju spadochronami podejmowali też : Drewicki, Dzikowski, Liśkiewicz, Szydełkiewicz i Buliński.

Latać w powietrzu chciał też chłop z okolic Żywca. Skonstruował on sobie własnym przemysłem sztuczne skrzydła, przypiął do ramion oraz nóg przescieradła i skoczył ze szczytu wiatraka. Przeleciał w powietrzu ze 400 metrów i wylądował szczęśliwie w jeżynach. Drugim razem poszło mu gorzej bo jego "lota" poniosły go za daleko i padając złamał nogę.

Nie wiadomo, ile jest prawdy o góralskim "lotniku", gazdzie Walcoku, mieszkającym na zboczu góry Kicarz koło Piwnicznej. Miało go dreczyć to, że z hal, droga do Piwnicznej była daleka. Sporzadził sobie "lota" na wzór ptasich skrzydeł i ponoć istotnie miał zeskoczyć z Kicarza i machając skrzydłami przelecieć kawałek w powietrzu ale rychło stracił równowagę i rozbił się na ławeczce gdzie dzisiaj stoi wytwórnia "Piwniczanki". Stąd w Piwnicznej, kiedy ktoś porywa się na coś wielkiego i niemożliwego, mówią ludzie z przekąsem: "Zakołujesz jak Walcok nad cyternią "

Jan Wnęk

Wszystkie te dotychczasowe próby chłopskich Ikarów latania w powietrzu kończyły się niepowodzeniem. Pierwszym z chłopów, który dokonał dłuższych udanych lotów ślizgowych na skonstruowanej przez siebie "lotni", był Jan Wnęk, uważany za ojca polskiego lotnictwa. Urodził się on w roku 1828 we wsi Kaczówka jako syn chłopa pańszczyźnianego. Ten genialny polski chłop nie skończył żadnej szkoły, był analfabetą i samoukiem, a wszystko czego dokonał, powstało w wyniku jego własnych dociekań i badań. Już w dziciństwie lubił rzeźbić ostrym nożykiem przeróżne figurki i małe łódeczki z kory, które puszczał na pobliskich stawach. Kiedy podrósł, jeden z okolicznych cieśli zaproponował rodzicom Janka, aby oddali syna na naukę zawodu. Wnęk szybko wyuczył się ciesiołki, nauczył się stawiać domy i dachy. Stale majsterkował i ulepszał narzędzia rolnicze. Wcześnie też zacząl się parać rzeźbiarstwem, głownie snycerstwem, sztuką rzeźbienia w drewnie i w kamieniu. Z lipowego drewna rzeźbił figury Chrystusa Frasobliwego, Marii i różnych świętych Pańskich, a także znane mu osoby. Występował też jako aktor w wiejskich misteriach. Pracą młodego artysty zaintersował się proboszcz w Odporyszowie, ks. Stanisław Morgenstern, późniejszy poseł do Sejmu galicyjskiego. Zlecił on Wnękowi odbudowę spalonego dachu kościelnego. Ponieważ Wnęk wykonał tę pracę bardzo solidnie i szybko, zasłynął odtąd jako znakomity cieśla. Po zakończeniu budowy spalonego dachu kościelnego, sprowadzono z niemiec, z norymbergi specjalistę, aby założył kule na wieży kościelnej. W tej kuli znajdował się opis odbudowy dachu i inne dane, umieszczone tam zgodnie z wielowiekowa tradycją. Ale niemiec spadł podczas zakładania kuli i potłukł się dotkliwie. Wtedy Wnęk sposobem stosowanym przez kowbojów zarzucił linę z hakiem na szczyt wieży i wciągnął się na sam szczyt, umieszczając kulę na właściwym miejscu. Zadziwiające jest, skąd u tego chłopa analfabety brało się tyle oryginalnych pomysłów. To on, widząc, jak chłopom łamały się często drewniane osie, namówił ich by brali osie żelazne. W głowie jego zrodziła się nawet myśl wybudowania takiego wozu, który nie potrzebowłby konia, lecz byłby napędzany, jakąś machiną albo żaglem. Kiedy jednak zwierzył się z tym znajomym, ci wyśmiali go i brali za wariata.

Proboszcz Morgenstern chciał ozdobić kościół w Odporyszowie rzeźbami i płaskorzeźbami poruczył tę pracę Wnękowi. Zawiózł go do Krakowa, by przyjrzał się rzeźbom z ołtarza szafowego Wita Stwosza w kościele Mariackim i by czerpał z nich natchnienie do swych prac rzeźbiarskich. Po powrocie z Krakowa, Wnęk wykonał ponad 300 rzeźb z lipowego drewna, które można oglądać w kościele odporyszowskim i na cmentarzu odporyszowskim w 15 kapliczkach tak zwanej "Tajemnicy różańcowej". Kilkanaście rzeźb Wnęka znajduje się też w krakowskim Muzeum Etnograficznym, a zakupił je od rodziny Jana Wnęka dyrektor tego Muzeum dr Tadeusz Seweryn.

Te osiągnięcia artystyczne Jana Wnęka wzbudziły zawiść mistrza cechowego Michała Sowińskiego, który słynął z wyrobu pięknie rzeźbionych i malowanych skrzyń. Ponieważ Wnęk, jako chłop, nie należał do cechu, gdyż cechy istniały tylko w miastach, sowiński w odporyszowskiej karczmie wszczął raz sprzeczkę z Wnękiem, odmawiając mu prawa zasiadania w karczmie na honorowym miejscu, zastrzeżónym dla mistrza Sowińskiego i jego czeladników. Doszło do bójki, w której Sowiński i jego czeladnicy zostali tęgo poturbowani i musieli salwować się ucieczką. Odtąd Sowiński stał się śmiertelnym wrogiem Jana Wnęka, zwłaszcza też i z tego jeszcze powodu, że nie jemu lecz Wnękowi zostały powierzone prace rzeźbiarskie dla kościoła odporyszowskiego i tamtejszego cmentarza. Sowińskiemu powierzono jedynie pomalowanie rzeźb wykonanych przez Wnęka.

Wieża kościoła w Odporyszowie

Wnęk ożenił się z Marianną Ciomborówną, mieszkanką tej samej wsi. Przy swoim domu wybudował sobie dużą pracownię rzeźbiarską na palach. Opuszczana podłoga umożliwiału mu rzeźbienie wysokich figur na kilka metrów.

Jednak nie prace rzeźbiarskie rozsławiły Jana Wnęka, ale jego prace nad skonstruowaniem "lotni", prototypu szybowca i jego loty śłizgowe z wykorzystaniem "kominów" powietrznych, dokonywane na tej "lotni". Wiele czasu pochłonęła mu praca nad zbudowaniem jednego z pierwszych na świecie szybowców. W przeciwieństwie do Lilienthala i Tańskiego, którzy - zanim zaczęli latać - zapoznali się z całą literaturą dotycząca problemu awiacji, Wnęk, analfabeta i samouk, mógł liczyć tylko na swoją wiedzę o naturze, opartą na obserwacji lotu ptaków i tworzeniu się w powietrzu ciepłych "kominów" nośnych, ułatwiających lot ślizgowy.

Już od wczesnego dzieciństwa Wnęk interesował się lotem ptaków. Któregoś dnia znalazł zabitą kaczkę. Zaczął rozkładać jej skrzydła i badać jak są zbudowane. Ale zanim przystąpił do budowy sztucznych skrzydeł, mogących unieść człowieka, minęło kilka lat, w czasie których Wnęk obserwował lot ptaków ich zachowanie się w powietrzu. Nim przystąpił do budowy swej "lotni" skonstruował małe skrzydła i dokładnie wypróbował je w locie. Budowę swej latającej maszyny rozpoczął od tego, że dwa lata przed tem ściął parę wysmukłych jesionów i teraz zużył ich drewno na drewniane żebrowanie dużych skrzydeł i ogona. W kilka miesięcy konstrukcja była gotowa. Wtedy Wnęk obciągnął szkielet "lotni" cienkim rańtuchowym płótnem. Wiejska olejarnia dostarczyła oleju lnianego, którym zaimpregnował gotową już "lotnię". Wszystkie łączenia, linki i dźwignie, zrobione z włókiem lnianych, impregnował pokostem. Na skrzydłąch swej "lotni" po przymocowaniu ich do tułowia i barków, a także strzemionami do nóg, mógł Wnęk ze wzgorza lub wieży kościelnej uleciec w przestworza. Pierwsze krótkie paręsetmetrowe loty odbył Wnęk ze wzgórza w Odporyszowie, będacego niegdyś wałem obronnym. Lot udał się znakomicie - Pierwszy polski szybowiec był gotowy do lotu latem 1866 r.

Po uzyskaniu zgody od proboszcza, Wnęk postanowił wzlecieć w powietrze z wieży dzwonnicy kościoła w Odporyszowie, która wyrasta 45 metrów ponad powierzchnię podłoża, a wraz z 50 metrowym wzniesieniem na którym stoi, wznosi się 95 metrów ponad okoliczne doliny. Pierwszy lot Wnęka odbył się w czerwcu 1866 r. w czasie odpustu w odporyszowskim kościele, na który ściągnęły ogromne tłumy ludzi z całej okolicy.

Z pomoca windy ciągnięto "lotnię" Wnęka na szczyt wieży. On sam wszedł tam po licznych krętych schodach, a potem po drabinach na pomost specjalnie umocowany na wieży. Za nim wszedł tam jego wspólnik Michał Sowiński. Z pomoca Sowińskiego Wnęk odczepił "lotnię" od liny i ustawił na pomoście. Sowiński przypiął Wnękowi skrzydła zaciskając mocno paski na piersiach, rękach i nogach. Wnęk zeskoczył z pomostu w powietrze i na oczach tłumów ludzi poszybował w powietrzu jak ptak i zniknął gdzieś daleko poza pobliskim wzgórzem, gdzie szczęśliwie wylądował. Ten jego pierwszy przelot wynosił ok. 2 kilometrów. Tysiące ludzi popędziło na miejsce lądowania pierwszego szybownika i zgotowało mu gorącą owację.

Sława o tym wydarzeniu dotarła do Krakowa, gdzie nieznany autor umieścił o locie chłopa Wnęka wzmiankę w jednym z kalendarzy - nowo-roczników. W latach 1866-1869 Wnęk dokonywał licznych lotów na swej "lotni" z okazji świąt, odpustów i jarmarków. Ludzie bali się Wnęka i posadzali go o konszachty a diabłem. Zbliżała się chwila inkasowania należności za prace rzeźbiarskie wykonywane dla parafii odporyszowskiej - i wtedy w głowie Sowińskiego miała powstać haniebna myśł pozbycia się Wnęka, zgładzenia go. W czasie odpustu w czerwcu 1869 r. Jan Wnęk miał znowu pokazać próbę lotu na swej "lotni". Sowiński miał potajemnie poprzecinać rzemienie krępujące konstrukcję "lotni" i podczas ostatniego skoku Wnęka - niby to niechcąco - zepchnął go przedwcześnie z pomostu wieży kościelnej dzwonnicy. Wnęk przeleciał w powietrzu przeszło 500 metrów ale popręgi puściły i straciwszy równowagę nieszczęsny awiator runąl z gówry na ostre kamienie, ponosząc ciężkie, śmiertelne obrażeia. Przez trzy tygodnie walczył ze śmiercią. Zmarł 10 lipca 1869 pozostawiając żonę i troje dzieci. Przeżył 41 lat. O Wnęku i jego "lotach" zapomniano z krestesem. Zasługę odkrycia istnienia tego "Chłopskiego Ikara" ma profesor dr Tadeusz Seweryn, dyrektor krakowskiego Muzeum Etnograficznego, który to zakupił częśc rzeźb Wnęka dla muzeum Etnograficznego. Tam też można zobaczyć model "lotni" wnęka przez niego skonstruowanej, na ktorej dokonywał swych pionierskich lotów ślizgowych.

Choć te próby chłopskich Ikarów w Polsce opanowania techniki lotu i skonstruowania latających aparatow, "lotni" nie oddziałały na postęp techniczny XIX wieku i nie znalazły odbicia w postępie polskiego lotnictwa, to jednak należy się im chlubna wzmianka w dziejach polskiej awiacji jako dowód, że i wśród ludu wiejskiego były genialne jednostki

Dr Stanisław Konstanty Wałęga

Tarnowskie Echo Magazyn Informacyjny "TEMI" 6 grudnia 1995 str 5

 
Historia
Zawody
Wydarzenia

Artykuły
Historia Klubu Avia
Witold Kasprzyk- kaspewing
Historia BKB
Krótka biografia Stefana Brochockiego, twórcy i konstruktora BKB-1
Operacja III Most
"Chłopski Ikar znad Dunajca"